Mordownik

Stadniki, 12.09

Po rozdaniu map chwila na analizę i planowanie trasy. Bez zbędnych ceregieli ruszam w kierunku PK12 (ambona). Po kilku minutach jestem w okolicach punktu jednak ambony nie widać. Okazuje się, że kawałek dalej leżała zwalona ambona i to przy niej znajdował się punkt.

Wspólnie z Pawłem i Adamem zmierzamy do kolejnego punktu PK10 (brzeg rzeki, korzeń). Ponieważ jade z najlepszymi to odnalezienie lampionu nie stanowi żadnego problemu. Kilkadziesiąt metrów dalej spada łańcuch. Zanim poprawie usterkę to chłopaki są już daleko z przodu. Długi przejazd do PK1 (wieża). Wyprzedza mnie Adam, który powinien być już daleko z przodu, ale miał problem z dojazdem do PK11. Już blisko wieży mylę drogi, ale szybka korekta i jestem na właściwej ścieżce. Od punktu jadą już Paweł i Adam. Przy punkcie spędzam kilka minut. Przed wyjazdem na asfaltówkę poraz pierwszy widzę się z Łukaszem i Jarkiem. Będą bardzo groźni do końca zawodów, a finisz będzie emocjonujący, ale to później.

Myślę, no to zaczynają się góry. Szlakiem rowerowym i pieszym wjeżdżam na Glichowiec. Trudna ścieżka do jazdy na rowerze. Mozolny i stromy podjazd niezbyt dobrą ścieżką zmusza do dużego wysiłku. Punkt ukryty jest kilkadziesiąt metrów od ścieżki, aby szybko do niego dotrzeć potrzebna jest współpraca z licznikiem rowerowym. W pobliżu punktu pojawia się Tomek, któremu wskazuje położenie lampiona (PK4). Był to jeden z trudniejszych punktów na trasie.  Chwilę później jestem przy kolejnym lampionie. Puste miejsca na karcie szybko wypełniają się kolejnymi dziurkami. Ponownie widzimy się z Tomkiem. Od tej pory będziemy towarzyszyć sobie już do końca maratonu. Jadąc dlugie odcinki wspólnie, to znowu wybierając różne warianty, ale zawsze gdzieś w pobliżu siebie. Na tym polega piękno tej dyscypliny. Można jechać różnymi wariantami a i tak widywać się na każdym kroku. Niemal równocześnie docieramy do PK8 położonego na środku mapy. Właśnie ten punkt najbardziej stanowił o wielowariantowości trasy. Jedni brali go na początku, drudzy w połowie trasy, w różnych konfiguracjach, a jeszcze inni na końcu.

Pogoda była bardzo dobra do jazdy - około 15C, przez chmury nieśmiało przebijało się słońce. Z "ósemki" bardzo długi przejazd do PK14. Ostatnie kilometry to morderczy podjazd do najwyżej położonego punktu na trasie (720 mnpm). Przy punkcie od razu bufet. Zjadam kilka ciastek i bananów. Uzupełniam wode i wymieniam kilka zdań z osobami obslugującymi żywieniówke. Gdy odjeżdżam pojawia się Tomek, który stracił nieco na podjeździe. Niestety pakuje się w niewłaściwą ścieżką i przejeżdżam kilkaset metrów zanim zorientuje się w błędzie. Wracam do bufetu i koryguje błąd. Teraz mocno w dół. Prowadzone tu prace leśne mocno utrudniają przebieżność. W końcu ścieżka całkowice zanika. Na przełaj dojeżdżam do granicy lasu. Rozległa panorama ułatwia zorientowanie się na mapie, ale coś nie zgadza się kierunek jazdy. W tym samym momencie pojawia się Tomek. Zjeżdżamy w dół do doliny Krzyworzeczki.

Kolejny punkt jest w następnej dolinie. Trzeba, więc znowu podjeżdżać. Na tym etapie maratonu wciąż jeszcze przychodzi to z łatwością. Bardzo szybko zmierzamy w kierunku Szczyrzyca, znanego z Opactwa Cysterstów. PK15 położony na Górze Św. Jana zwiastuje kolejny podjazd. Od Szczyrzyca znowu jedziemy oddzielnie, gdyż każdy ma swoją koncepcje na pokonanie tego fragmentu trasy. Mam przeczucie jednak, że w okolicach punktu znowu się spotkamy. Wspaniałe podgórskie krajobrazy. Droga wije się pod górę pośród jabłkowych sadów. Dojrzałe owoce kuszą by zatrzymać się i zabrać kilka do plecaka. Nie ulegam jednak tym pokusom, gdyż w głowie mam dojazd do PK15. Gdy odjeżdżam od punktu pojawia się Tomek. Teraz kolej na PK7. Na mapie szybko dostrzegam kilka dolin dzielących mnie od tego punktu. Zjeżdżając do pierwszej z nich przy próbie hamowania okazuje się, że skończyły się klocki hamulcowe w tylnym zacisku. W gorszym momencie nie mogło się to stać, wszak do końca zawodów jeszcze wiele punktów i zjazdów. Ostrożnie zjeżdżając delikatnie koryguje prędkość przednim hamulcem i tak to już będzie wyglądało do końca.

Za miejscowością Słupia, kończy się droga . Zamiast niej pokazuje się nieprzejezdna rowerowo ścianka jaru. Tego typu niespodzianki to żadna nowość na Mordowniku. Znowu wspólnie z Tomkiem, który jechał inną drogą podejmujemy trud pokonania jaru. Na azymut kilkaset metrów przez las dochodzimy do drogi biegnącej granicą lasu i niwy. Wiemy, gdzie jesteśmy. Dotarcie do punktu polożonego kilkaset metrów dalej to formalność. Kolejna kratka na karcie startowej zostaje przedziurkowana. Każda kolejna perforacja daje większą satysfakcję.

Wciąż ciśniemy na wschód, teraz do PK16. Przed nami większy podjazd, ale nie wjeżdża się już ta łatwo. W nogach ponad 80 km i przeszło 1500 m przewyższeń. Do tego zrobiło się bardzo ciepło. Łatwo znajdujemy lampion na skrzyżowaniu dróg. Ryzykujemy zjeżdżając drogą, która według mapy kończy się za doliną Przeginii licząc, że w terenie droga jest przedłużona aż do samej asfaltówki. Opłaciło się. Nowiutki asfalciak wyprowa nas tam gdzie chcieliśmy. Zmiana kierunku na północny. Znowu długi przejazd. Kolejny raz na Mordowniku jest za mało punktów. Aż prosiłoby się aby na takim dystansie dołożyć jeszcze kilka i ograniczyć tym samym żmudne przejazdy, uatrakcyjnić maraton dodatkowymi lampionami na trasie.

Zaczynam się snuć za Tomkiem. Na trasie do PK9 (skrzyżowanie) tracę jakieś 200 metrów, ale przy punkcie znowu się widzimy.

Nie zgadza się kierunek. Wygląda na to, że jedziemy na północny-zachód podczas, gdy powinniśmy na północ do miejscowości Zonia. Na szczęście szybko orientujemy się w błędzie. Tomek poproponuje by zamiast prosto pojechać w prawo i to był strzał w dziesiątkę. Brak korekcji tego błędu w porę byłby brzemienny w skutkach. Podjazd z powrotem wyrobionymi, leśnymi dróżkami pod górę zabralby dużo czasu i sił. 

Z Zonii do doliny Stradomki bardzo długi zjazd, jeden z najdłuższych na całej trasie (6 km, 200 metrów w pionie). Ze względu na niedziałający tylny hamulec zjeżdżam bardzo ostrożnie i oczywiście tracę dystans. Po kilkunastu minutach jestem w pobliżu punktu na skrzyżowaniu dróg. Punkt jest na przeciwko, ale dotarcie do niego najkrótszą drogą mija się celem (niemal pionowa ściana). Postanawiam więc spróbować od zachodu. Na zakręcie asfaltówki skręcam na ścieżkę. Jedzie się bardzo powoli pod górę i po piachu. W dodatku tracę orientację. W końcu wyrzuca mnie spowrotem na asfaltówkę, którą już jechałem. Jestem trochę zły na siebie, że od razu nie probowałem zaatakować punktu od południa, tym bardziej że rozważany był taki scenariusz. Mijam się z Jarkiem i Łukaszem, którzy są już bardzo blisko, ale również nie mają tego punktu. Jak się okazało chwilę później od południa do punktu docierało się znacznie szybciej. Kto mógł jednak to wiedzieć? Mając jedynie do dyspozycji mapę i nie znając terenu ciężko przewidzieć jak w reczywistości będzie wyglądała droga. Lampion znajdował się wysoko na grodzisku w niewidocznym z dołu miejscu. Wracając do roweru porzuconego 200 metrów niżej spotykam Tomka. Wskazuje miejsce położenia lampionu. A myślałem, że jest daleko z przodu. Teraz to ja będę miał kilka minut przewagi, lecz do końca jeszcze trzy punkty i wszystko może się zmienić. 

Odzyskuje wigor, którego brakowało mi jeszcze jakiś czas temu. Najlepiej jak mogę i prawie bez błędu docieram do PK3 (róg ogrodzenia). W drodze powrotnej do asfaltówki mijam się z Tomkiem, który ma jeszcze do punktu kilkaset metrów. Zjazd do Doliny Raby, przejazd przez most na rzece. Teraz odcinek polami i przez łąki nadrabczańskie. Zawahanie będzie mnie kosztować parę chwil, gdyż punkt znajduje się kilkadziesiąt metrów dalej. Nie jest łatwo go wypatrzyć w wysokich trawach nad brzegami Raby (PK6).

Zostaje ostatni punkt. Jadąc zastanawiam się jak do niego podjechać. Wybieram drogę od północy, która na mapie wyglądała na porządną, szeroką, leśną drogę. Niestety tylko na mapie. W terenie droga urywała się po kilkuset metrach. Na dodatek las był gęsty, jazda na rowerze była niemożliwa. Trzeba było podjąć szybko decyzję. Rozczarowany niedokładnością mapy postanowiłem wrócić do asfaltówki i pojechać na około. Ostatni podjazd to była niemal ściana płaczu. Już bardzo zmęczony, resztkami sił pokonuje ten odcinek. Wiedziałem, że przez decyzję o jeździe tamtą drogą straciłem prawdopodobnie szansę na bardzo dobry wynik. Ostatni punkt znaleziony dość szybko (PK5). Odjeżdżając już w kierunku mety niespodziewanie spotykam Jarka i Łukasza, którzy szukają punktu. A myślałem, że są już daleko z przodu. 

- "Jesteście bardzo blisko, ale mam już wszystkie punkty"

- "A gdzie jest ten punkt, dobrze jedziemy?"

- "Dobrze, na północ, kilkadziesiąt metrów dalej, na szczycie góry, za chwile będziecie" - podpowiadam.

U Łukasza dostrzegam ogromną chęć powalczenia na ostatnich metrach przed metą, podobnie jak to miało miejsce na Szadze. Moja przewaga w tym momencie jest jednak całkiem spora. Mimo ambitnej postawy i pozycji na lemondce Łukasz i Jarek zjawiają się na mecie minutę po mnie. Tomek z którym przejechałem znaczną część trasy skorzystał na mojej złej decyzji pod koniec i zawitał na metę 7 minut wcześniej zajmując wyborne 5 miejsce. 

Cała akcja związana z dotarciem do ostatniego punktu nieistniejącą w rzeczywistości drogą kosztowała 15 minut i spadek z 4 na 6 miejsce. Kto mógł jednak przewidzieć, że droga będzie istniała tylko w wyobraźni kartografa mapującego teren. Z pewnością nigdy tam żadnej drogi nie było. Teren w tamtym miejscu porastał gęsty las. Aktualność mapy 2010 rok. 

Mordownik potwierdził klasę. Część punktów wymagała dobrej orientacji. Dojazdy do niektórych punktów też bywały zaskakujące - zanikające ścieżki, ich zupełny brak lub wręcz niezgodność z mapą. Kartografowie terenów na południe od Krakowa będą mieli sporo przyjemnej pracy, aby doprowadzić mapę do stanu zadowalającego turystów przemierzajacych tamte tereny pieszo bądź rowerem. Uwagę można mieć do małej ilości punktów kontrolnych jak na trasę tej dlugości. Poza tym - dystans, przewyższenia, trudność, organizacja - jak przystało na Mordownika. 

Detale:

Dystans: 129 km

Podjazdy: 2238 m

Czas: 8h11m

Avg: 15,8 km/h

Avg jazdy: 16,5 km/h

PK: 16/16

Miejsce: 6/53

Wyniki

Trasa przejazdu dynamicznie  (Tomek, Łukasz, Łukasz+Jarek) - zacięta walka o 4 msc.

Tablica wyników w wersji roboczej

Podium dla najlepszej drużyny Team360 (fot. Dobczycki Portal Informacyjny)

Planowanie wspólne, ale jazda tym razem osobno (fot. Galeria Mordownika)